Ułatwienia dostępu

×

Zwycięskie prace „Pokaż swoje domowe archiwum”

Prezentujemy trzy najwyżej ocenione historie nadesłane na konkurs „Pokaż swoje rodzinne archiwum”. Każda z nich pokazuje, jak wiele niezwykłych opowieści kryją rodzinne fotografie, dokumenty i wspomnienia przekazywane z pokolenia na pokolenie.

I miejsce – Magdalena Kołcon

Najcenniejszą pamiątką, jaką mam w domu, jest zdjęcie mojego prapradziadka Izydora. Stoi na półce odkąd pamiętam. To właśnie od niego zaczęła się moja przygoda z genealogią. Chciałam poznać historię człowieka ze starej fotografii i historię rodziny, o której w domu mówiło się niewiele i raczej zdawkowo.

O przodku wiedziałam tylko tyle, że znał pięć języków i mieszkał w krainie, gdzie żyją wielbłądy. W dzieciństwie słyszałam też nazwę Samarkanda. Ta nazwa utkwiła mi w pamięci na zawsze. Wiedziałam również, że sprowadzał maszyny Singer do Uzbekistanu. Po latach okazało się jednak, że pamiętam znacznie więcej, a brakujące fragmenty historii pomogła mi odzyskać rodzina – potomkowie Izydora.

Ale po kolei.

Prapradziadek urodził się w niewielkiej wsi na Wołyniu, niedaleko Włodzimierza Wołyńskiego. Z czasem to małe miejsce stało się dla niego zbyt ciasne. Izydor przez całe życie szukał przygód i nowych wyzwań.

Istnieją dwie wersje tego, jak znalazł się na terenach dzisiejszego Uzbekistanu. Według jednej car rozdawał ziemię osadnikom, a Izydor uznał, że to szansa na nowe życie. Druga wersja wydaje się bardziej prawdopodobna – razem ze swoim przyjacielem Iwanem służył w armii carskiej i wraz z nią dotarł do Azji Środkowej.

Równie niezwykła jest historia poznania moich prapradziadków.

Według pierwszej wersji Izydor i Iwan weszli do miejscowej cerkwi. Młody mężczyzna od razu przypadł do gustu batiuszce, który postanowił wydać za niego swoją starszą córkę. Problem w tym, że Izydorowi bardziej spodobała się młodsza z sióstr – Anna, moja praprababcia.

Druga opowieść brzmi jeszcze bardziej romantycznie. Po przyjeździe do Uzbekistanu Izydor wybrał się zobaczyć, jak żyje miejscowa ludność. Trafił na święto, podczas którego młoda dziewczyna rzuciła w niego jabłkiem. Miał to być znak zainteresowania. Zaintrygowany poszedł za nią do domu, a ona przedstawiła go rodzicom jako swojego narzeczonego.

Tak czy inaczej, ich wspólna historia właśnie wtedy się rozpoczęła.

Rok po ślubie urodził się ich pierwszy syn, Fiodor. W 1904 roku przyszedł na świat mój pradziadek Trofim. Po nim urodził się Iwan, następnie Liza w 1907 roku, Aleksandra w 1909 roku oraz najmłodsze dziecko około 1910 lub 1911 roku.

Niestety szczęście Anny i Izydora nie trwało długo. W 1911 roku Anna wraz z najmłodszym dzieckiem zachorowała na czarną ospę. Według rodzinnych przekazów Izydor zabrał ją do większego miasta, licząc na pomoc lekarzy. Na próżno. Anna zmarła, pozostawiając osierocone dzieci.

Siedmioletni wówczas Trofim zapamiętał ten dzień na całe życie. Wspominał później matkę leżącą w trumnie, piękną kobietę o długich czarnych włosach, ubraną w białą suknię.

Co działo się dalej z Izydorem?

Pracował jako leśnik i próbował zapewnić jej dostatnie życie. W 1907 roku w Kokandzie doszło do nietypowej sytuacji. Izydor oskarżył swojego przełożonego o nękanie i wygrał sprawę, która została opisana przez lokalną prasę. Sukces miał jednak swoją cenę — musiał odejść z pracy.

Od tej pory pracował na plantacji bawełny należącej do teściów. Wydawało się, że życie znów nabrało spokoju. Jednak w 1914 roku najstarszy syn, Fiodor, wyruszył na front I wojny światowej, a trzy lata później nadeszła rewolucja.

I wtedy wszystko się zmieniło.

Przyjaciel Iwan, z którym przed laty przybył do Uzbekistanu, stał się jego śmiertelnym wrogiem. Przystąpił do bolszewików i być może kierowany zazdrością wysłał bolszewików do domu Izydora.

To właśnie wtedy rozpoczyna się najbardziej filmowy rozdział tej historii.

Izydor napisał na kartce instrukcję dla syna Trofima, wskazując miejsce ucieczki. Wysłał przed siebie troje dzieci, sam zaś próbował ratować rodzinny dobytek. Teściowa próbowała zatrzymać napastników, blokując wejście do domu. Została zamordowana, podobnie jak teść oraz średni syn Izydora – Iwan.

Samemu Izydorowi udało się uciec. Według rodzinnych przekazów przebrał się za kobietę i wymknął przez okno. Później dogonił dzieci.

Po latach jego starsza córka wspominała, że tylko raz widziała ojca płaczącego. Stali wtedy na wzgórzu i patrzyli, jak płoną ich dom, zabudowania gospodarcze i pola bawełny. W jednej chwili stracili wszystko.

Przez Azerbejdżan, Turcję i Krym dotarli w końcu na Wołyń.

Tam na Izydora czekała niespodzianka. Spotkał swoją dawną dziecięcą sympatię, która podobno obiecała mu kiedyś, że będzie na niego czekać. Czy była to wielka romantyczna historia? Mam co do tego wątpliwości. Izydor nigdy nie przyjął polskiego obywatelstwa, a do uregulowania swojego statusu potrzebował żony. Być może względy praktyczne odegrały tu równie ważną rolę jak uczucia.

Na Wołyniu czekał jeszcze na powrót najstarszego syna. Niestety Fiodor nigdy nie wrócił. Zginął podczas wojny domowej gdzieś na Syberii.

Z czasem Izydor doczekał się wnuków. Dla mojego dziadka był ukochanym dziadkiem i bohaterem wielu opowieści. Zmarł tuż przed wybuchem II wojny światowej i został pochowany w rodzinnej wsi na Wołyniu.

Ile historii zabrał ze sobą do grobu? Tego już nigdy się nie dowiemy. Jedno jest jednak pewne – życie Izydora mogłoby stać się gotowym scenariuszem na film.

II miejsce – Piotr Adamczyk

Najstarsze zdjęcie jakie posiadam, wykonane w 1902 roku. Przedstawia rodzinę Newlacilów, założoną przez siedzącego na środku Józefa Newlacila mojego 3x pradziadka.

Józef urodził się w 1839 w niewielkiej miejscowości na Morawach w Czechach. W młodości pracował jako kowal w Bystricach pod Hostynem, w drugiej połowie lat 60 XIX wieku ożenił się z Czeszką, Franciszką Bresek. Około 1870 roku wraz z żoną i swoim pierworodnym Józefem juniorem (moim prapradziadkiem) wyemigrował na teren zaboru rosyjskiego. Osiedlił się w okolicach Surhowa w pow. Krasnostawskim. Tam w 1872 pochował roczną córkę Franciszkę, a rok później żonę. Około 1874 ożenił się ponownie również z Czeszką, Józefą z którą doczekał się piątki dzieci. Od 1875 zamieszkiwał okolice Zwierzyńca i Krasnobrodu, gdzie pracował jako mechanik maszyn parowych. W 1885 roku zmarła jego druga żona Józefa. Jeszcze tego samego roku ożenił się po raz trzeci: z Heleną Kazimierą Miller (siedzi obok Józefa). Zmarł w 1920 roku.

Za Józefem stoi Julian, przyrodni brat mojego prapradziadka. Julian urodził się w 1879 roku, z zawodu był ślusarzem. Podczas II wojny światowej trafił do obozu Auschwitz gdzie przebywał od 6 kwietnia 1941, zginął w lipcu w zakładzie eutanazji w Sonnenstein.

Na prawo od Józefa stoi mój prapradziadek Józef Newlacil junior, był wieloletnim pracownikiem Ordynacji Zamojskiej. Przed nim siedzi jego żona, moja praprababcia Aniela wraz z trzema synami, w kolejnych latach po wykonaniu zdjęcia urodzi im się jeszcze trójka dzieci w tym mój pradziadek.

Między Józefem a Heleną stoi najstarszy brat mojego pradziadka, Edward, który za swoje bohaterskie zachowania podczas Wojny Polsko Bolszewickiej został Kawalerem Orderu Virtuti Militari V klasy. Podczas II wojny światowej był więźniem obozów: Auschwitz, Buchenwald i Dachau, wszystkie przeżył.

III miejsce – Regina Smoter

Felek

Regina Smoter- Grzeszkiewicz

Długo patrzył Jan za odjeżdżającym pociągiem ze stacji Biały Słup, na którą przywiózł swoim kasztankiem chłopaków. Z okien pociągu wystawały ręce machających na pożegnanie żołnierzy, a pośród nich także Antka i Feliksa. Jan otarł łzę wierzchem rękawa. Podszedł w stronę przeżuwającego obrok Kasztanka.

– No, stary druhu, wracamy do domu. Nic tu po nas. Koń podniósł łeb znad obrocznika jakby rozumiał, co mówi do niego gospodarz, parsknął przy tym dając znak, że owszem można wracać. Jan nie wiedział jeszcze wtedy, że już za kilka dni 18 września 1939 roku w tych okolicach rozegra się krwawa bitwa polskich żołnierzy z Niemcami [1].

Pociąg pędził dalej i dalej. Na kolejnych stacjach ubywało żołnierzy, którzy jechali w miejsce mobilizacji. Pożegnali się w Kowlu [2]. Tutaj stacjonowała jednostka Feliksa, Antek pojechał dalej aż do Równego [3].

Bracia zameldowali się w swoich jednostkach, Felek wcześniej, bo do Kowla było nieco bliżej. W koszarach pośpiech, wydawanie broni, umundurowania, prowiantu…

– Co tu się dzieje, Felek złapał za rękę żołnierza, który biegł od strony magazynów do części mieszkalnej, gdzie byli zakwaterowani.

– Jak to, nie wiesz, on na to.

– Przed chwilą przyszedłem z dworca, byłem na przepustce w domu.

– Jutro maszerujemy na front, a co dalej – nie wiem. Biegnij po swój przydział.

Felkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nagle usłyszał za plecami znajomy głos nadchodzącego dowódcy plutonu. Wyprężył się na baczność salutując, tak, jak ich uczono podczas musztry.

– Spocznijcie Smoter, dowódca plutonu podszedł do Felka podając mu dłoń na powitanie.

– Panie kapitanie, o co tutaj chodzi?

– Jutro wyruszamy na front. Zjedzcie obiad, a potem do magazynu po swój przydział. To tyle na teraz, chyba nie muszę tłumaczyć dalej.

– Tak jest! Felek stuknął przepisowo obcasami.

– A jak tam nastroje na wsi, zagadnął na odchodnym kapitan.

– Nieciekawe. Felek na to, ogólne poruszenie, stan niepewności.

W odpowiedzi padło przeciągłe taaak…


Pierwsza potyczka z niewielkim oddziałem niemieckim zakończona sukcesem dodała żołnierzom odwagi. Potem było coraz gorzej i gorzej. Zaczęło brakować żywności, amunicji, wyczerpane ciągłym wysiłkiem kasztanki, bułanki, gniadosze smutnie zwieszały łby – Felek był przekonany, że w ich mądrych końskich oczach widział łzy!

A potem nastąpiło to, co najgorsze, może nie do końca, bo zgarniętych do niewoli żołnierzy z plutonu Felka pozostawiono przy życiu. Licho wzięło resztki amunicji, broni. Ból ściskał serce, gdy drab w niemieckim mundurze, rudawy, wysoki podchodził do ustawionych w szeregu żołnierzy i bezczelnie zrywał swoimi łapskami dystynkcje, ściągał z głów żołnierskich rogatywki, a z rogatywek tę dumnie państwowi – orłu białego obrywał. Felek, najniższy ze wszystkich stał na końcu szeregu i bijącym mocno sercem prosił Boga: Panie Boże, pomóż mi milczeć, pomóż znieść w pokorze, to, co za chwilę mnie spotka ja chcę przeżyć. Chcę wrócić do matki…!

Niemiec zmierzył Felka od stóp do głowy pogardliwym spojrzeniem, ponieważ Feliks był szeregowcem jego pagony zostawił w spokoju, zerwał tylko zamaszystym ruchem rogatywkę z głowy i po chwili odrywając z nienawiścią przymocowanego do niej orzełka, z całych sił, aż po same uszy wcisnął ją z powrotem na jego głowę. Pamiętaj, zabrzmiały w uszach Felka słowa ojca, którym żegnał syna odchodzącego do wojska – „pamiętaj, że jesteś Polakiem i pozostań nim na zawsze cokolwiek by cię w życiu nie spotkało. Pamiętaj, że jesteś Polakiem…”.

Po zakończonym przeglądzie na rozkaz Niemca kilku żołnierzy pozbierało oderwane dystynkcje, orzełki, wszystko na jedną kupę, łącznie z dystynkcjami dowódcy, który stał jakiś zamyślony z odkrytą głową, nieobecny.

Gdy tak stali niepewni co z nimi będzie, dał się słyszeć warkot silnika i po chwili w tumanach kurzu ukazał się nadjeżdżający samochód, z którego wysiadł wojskowy Niemiec i dwóch cywili. Wkrótce okazało się, że jeden z cywili, ten porządnie ubrany to właściciel majątku w Królewcu, drugi był tłumaczem, wojskowy – komendantem niemieckiego posterunku w Królewcu.

Pierwsze pytanie: kto umie pracować na roli? Większość żołnierzy pochodziła ze wsi, więc prawie wszyscy wystąpili z szeregu. Pytanie drugie: kto umie zajmować się końmi? Oczy wszystkich zwróciły się w stronę Felka. Wystąpił. Stanął na baczność przed tymi Niemcami (jakże w tej chwili przez niego znienawidzonymi) patrząc z odwagą z wysokości swego niewielkiego wzrostu, może z odrobiną dumy gdzieś na dnie serca ukrytej w ich pozbawionym wyrazu twarzy.

– Nazwisko, stopień?
– Szeregowy Smoter.
– Niemiec?
– Nie, Polak!

To Polak zabrzmiało jak wyrzucony znienacka pocisk, który leci gdzieś w dal i nie wiadomo w co uderzy.

– Komm.

Jeden z Niemców otworzył drzwi samochodu. Felek starał się zrozumieć o co chodzi.

– Tłumacz widząc niepewność w jego oczach wyjaśnił:

– Jedziesz do majątku tego pana, będziesz zajmować się jego końmi i gospodarstwem.

Felek pomimo trudnej sytuacji w jakiej się znalazł skinął głową uśmiechając się lekko, a w duchu dziękował Bogu, że tak skończyło się dla niego spotkanie z wrogiem.


Droga do Królewca biegła przez las, Felek podziwiał stare, potężne drzewa, w pamięci przesuwały mu się obrazy z czarnostockiego lasu, wyprawy na grzyby, grabienie ściółki późnym latem, z której robili z ojcem ocieplającą dom na zimę. Westchnął ciężko. Kiedy wrócę do domu?

Co mnie tutaj czeka. Co się stało z Antkiem? Z rozmyślań wyrwał go głos tłumacza:

– Jak masz na imię?

– Feliks, odpowiedział szybko patrząc w oczy siedzącego obok mężczyzny.

– Feliks, tamten na to, to oznacza szczęśliwy.

– W tej chwili nie jestem szczęśliwy. Dokąd mnie wieziecie?

– Pan Albert, tłumacz wskazał na siedzącego obok kierowcy Niemca ma spory majątek i kilka koni, będziesz się nimi zajmował.

– Czy podołam temu wszystkiemu?

– Jesteś ze wsi, to dasz radę, a po drugie jesteś w niewoli więc nie pytaj, tylko rób co ci każą!

– Tak jest, odparł Felek po wojskowemu. Rozumiem!

– Jak się nazywa twoja wieś – tłumacz kontynuował rozmowę.

– To daleko stąd, na Zamojszczyźnie, nazywa się Czarnystok, ja służyłem w wojsku w Kowlu.

– O wojsku nie wspominaj, tłumacz na to. Już nie ma polskiego wojska. Teraz Polacy będą słuchać Niemców, a Niemcy będą rządzić waszym krajem!

Felek zamilkł na te słowa wpatrując się znowu w mijane drzewa. Po dłuższym czasie wjechali na szeroką drogę i pojechali dalej w stronę widniejącego na horyzoncie miasta.

Tuż przy wjeździe do Królewca zatrzymali ich żołnierze niemieccy strzegący porządku. Krótka rozmowa z kierowcą i właścicielem majątku i.… pojechali dalej, nawet dokumentów nie sprawdzali – dziwił się w duchu Felek.

Późnym popołudniem przyjechali na miejsce. Okazały dom z czerwonej cegły, solidnie wyglądające zabudowania gospodarcze. Gdy samochód zatrzymał się na podwórku z oddzielnie stojącego niskiego budynku wybiegło dwóch mężczyzn i kilka kobiet. Stanęli w szeregu oczekując aż gospodarz wysiądzie z auta.

– To nowy robotnik, zwrócił się tłumacz do stojących w oczekiwaniu. Musicie mu dać jeść, znaleźć miejsce w domu, kąt do spania i wytłumaczyć co należy do jego obowiązków, a potem niech się zabiera do roboty. Trzeba wyczyścić stajnię, przyprowadzić konie z pastwiska, napoić.

Przed szereg wystąpił wysoki chłopak, na oko wiekiem zbliżony do Feliksa, widać, że żołnierz, bo stanął w postawie zasadniczej i zameldował krótko:

– Tak jest! Chciał zasalutować, ale szybko zorientował się, że nie ma munduru ani czapki, więc z rezygnacją opuścił rękę. Na ten widok Albert uśmiechnął się z politowaniem, po czym w towarzystwie tłumacza i Niemca kierowcy udał się w stronę domu.

– Chodź, chłopak zwrócił się do Felka. Jestem Bronek, to Adam wskazał na kolegę. Hanka – dodała jedna z kobiet podchodząc do nich, Maria – odezwała się druga, a ja Zośka krzyknęła trzecia idąc w stronę domu.

– Jestem Felek. Rozbili nasz oddział pod Łomżą, szliśmy w kierunku na Białystok, potem chcieliśmy dotrzeć do Lublina, żeby było bliżej domu, ale diabli wszystko wzięli, z rezygnacją machnął ręką.

– Daj spokój, Adam na to. Najważniejsze, że żyjesz, reszta się jakoś ułoży. Musimy tutaj pracować, to przeżyjemy, może nas nie zabiją. Da Bóg, że wkrótce zakończy się ta przeklęta wojna…

Dla Felka znalazła się jakaś prycza, miał swój kątek. Zdjął wybrudzony mundur, koszula cuchnęła od potu.

– Gdzie tu się można umyć? zapytał stojącego obok Bronka.

– Poczekaj przyniosę ci jakąś koszulę i spodnie, swoje rzeczy musisz uprać, nasz gospodarz nie cierpi brudu i nieporządku. Wyrzuciłby. Tymczasem kobiety zaprosiły Felka do kuchni. Usiadł przy szerokim stole. Maria postawiła przed nim kartofle polane tłuszczem, pojawiły się nawet skwarki i blaszany kubek zsiadłego mleka.

– Takie przysmaki to jadłem jeszcze w domu.

– A skąd jesteś?

Jedząc powoli odpowiadał na zadawane pytania. Opowiadał o swojej rodzinie, ukochanej wiosce. Opowiedział jak go ojciec żegnał, kiedy wyruszał do wojska, i na pożegnanie powiedział mu tak: „pamiętaj, że jesteś Polakiem i cokolwiek by cię w życiu nie spotkało pozostań nim na zawsze”. Na te słowa wszedł Bronek. Stanął obok mówiącego Felka, w oczach zakręciły mu się łzy.

– Masz wspaniałego ojca!

Obydwaj żołnierze, teraz niemieccy parobcy popatrzyli na siebie uważnie. W niewielkim pomieszczeniu, wśród przypadkowo zgromadzonych osób zapadła cisza. Jedna z kobiet otarła sobie łzy fartuchem…

Felek ubrany po cywilnemu (mundur i spodnie za radą Bronka namoczył w letniej wodzie z mydlinami, aby potem wypłukać) gotów był do pracy. Na nogi wciągnął żołnierskie buty z cholewami jakie mu zostały, podwinął rękawy koszuli.

– No, zażartował Adam, wyglądasz jak prawdziwy parobek.


Upływały godziny, tygodnie i miesiące. W miejsce słonecznych dni pojawiły się szare, mgliste, przycichły ptaki. Jesień powoli ustępowała miejsca nadchodzącej zimie. Jeszcze trochę, a spadnie śnieg rozmyślał Felek. Otuli wszystko cichutko leżącym białym puchem. Potem będą Święta. Już drugie bez rodzinnego ciepła. Po raz kolejny nie przełamie się z matką opłatkiem, nie zaśpiewa z kochaną siostrą Mińką (pewnie już trochę podrosła) ich ulubionej kolędy: „Bóg się rodzi…”.

Powoli przyzwyczajał się do nowego otoczenia. Pracował uczciwie, starannie doglądał powierzonych mu koni, szczególnie jeden zwrócił jego uwagę. Niewysoki wałach o trudnej do określenia barwie skóry z dużym łbem. Miał do niego słabość. Najwięcej go głaskał po miękkich czarnych chrapach, częstował skradzionymi z worka stojącego w komórce kawałeczkami cukru, a także nadał mu imię Bułan, Bulanek, mówił pieszczotliwie, gdy nie było nikogo w pobliżu. Jak już będę w domu, jeśli będę – rozmyślał w długie jesienne wieczory po zrobieniu obrządku i po wspólnie z pozostałymi spożytej kolacji – jak już będę w domu to także będę miał takiego Bułanka. Ojciec mają Kasztanka – mój koń będzie się nazywał Bułan…

Na wspomnienie ojca coś ścisnęło go w gardle. Czy jeszcze zobaczę poczciwego staruszka? Z tych rozmyślań wyrwał go głos Adama.

– Felek śpisz?

– Nie, a bo co?

– Słuchaj, Adam na to. Wczoraj tłumacz rozmawiał z Albertem, chyba nam pozwolą napisać na Święta listy do domu.

– Mówisz? Felek zerwał się ze swego posłania. Naprawdę?

– Spokojnie, odezwał się Adam. Nie możemy wszystkiego pisać, bo by nam nie wysłali listów, a jak byś napisał coś nie tak – kula w łeb. Niemcy na razie zwyciężają, nie widać końca wojny. Jesteśmy potrzebni by na nich pracować. Wszyscy młodzi Niemcy poszli na front. Syn Alberta też, więc musimy dbać o swoje bezpieczeństwo. Rozumiesz?

– Felek nie odpowiedział. Myślał, jak napisze o wszystkim co tutaj, jak trafił do niewoli i nie zapomniał o ojcowskim pożegnaniu, a tu tylko kilka słów napisać może. Ogarnął go żal, wielki żal, ale cóż mógł biedny zrobić. Niemiecki parobek… Przeklęci Niemcy! Gdyby tak mógł ratować się ucieczką, ale dokąd uciekać? Nie zna terenu ani mieszkających tutaj ludzi, a kto wie czy Niemcy za to, że uciekł nie aresztowaliby ojca, matki, czy całej rodziny? Nie raz zwierzał się Bronkowi ze swych planów, a Bronek pochodzący z inteligenckiej rodziny, jego ojciec był dyrektorem gimnazjum tłumaczył cierpliwie:

– Felek, nie ryzykuj. Złapią cię Niemcy, rozstrzelają. Masz rodzinę, musisz wytrzymać, przecież masz do kogo wracać.

– Taaak, odpowiadał. Nawet nie wiesz jak za nimi tęsknię.

– To jeszcze coś wam powiem, wtrącił Bronek (pochodził ze Śląska, więc z grubsza rozumiał niemiecki). Podsłuchałem, jak Albert rozmawiał z tłumaczem. Chce na Święta gościć w majątku Niemców z garnizonu w Królewcu. Planuje kulig.

– Co takiego? Felek nie znał słowa kulig.

– To przejażdżka saniami przez las.

– A my musimy te sanie i konie przygotować, żeby wypadło jak najlepiej, odpowiedział Felek.

– Widzisz, zrozumiałeś, a teraz śpijmy już. Jutro czeka nas dużo roboty.

Słowa Bronka spełniły się co do joty. Ledwie rano zdążyli się umyć, ubrać i zasiąść do stołu na śniadanie, gdy drzwi ich pomieszczenia otwarły się na oścież. Zobaczyli niezwykle podnieconego tłumacza, wyglądał jakby sobie strzelił kielicha na rozgrzewkę.

– Chłopaki, szykować sanie, wyczyścić konie, jutro tu będzie dużo gości. Kobiety wyszorować ręce i do kuchni, pomożecie przygotować wieczerzę.

Rozkaz, to rozkaz. Pospiesznie dokończyli śniadanie, dziewczyny nawet nie miały czasu by pozmywać naczynia. Trzeba było biec do domu gospodarza.

Adam z Bronkiem udał się do budynku, gdzie przechowywane były wozy, sanie, siodła na konie, różny sprzęt gospodarski. Felek pomaszerował jak co dzień do stajni. Przywitało go zgodne rżenie jego podopiecznych. Swoim zwyczajem zaczął obchód od „szefa”, jak go w myślach nazywał. Był to piękny, czarny koń. Pielęgnowana przez Felka skóra lśniła i połyskiwała na nim, zresztą tak samo jak i na pozostałych, ale w charakterze zwierzęcia wyczuwało się jakieś przywódcze cechy, więc został Szefem. Stojący obok niego kasztanek troszkę przypominał tego z Czarnegostoku, ale pańska duma rozdymała mu nozdrza, w końcu był gospodarskim koniem pana Alberta, którego syn Ernest służył w słynnej dywizji Friedricha von Paulusa.

Albert był bardzo dumny z tego powodu, cieszył się też wielką estymą wśród stacjonujących w Królewcu Niemców. Ta duma i to poważanie prysło jak przysłowiowa bańka mydlana, gdy Ernest zginął w wielkiej bitwie nad Wołgą, ale to będzie potem. Teraz Herr Albert jest zajęty przygotowaniami na przyjęcie gości. Dobiega końca 1940 rok, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Co tam Boże Narodzenie, Niemcy mają swojego „boga” w osobie Adolfa Hitlera, który rozpoczął zwycięski marsz po podbój Europy. Trzeba uczcić ten chwalebny dla niemieckich „bohaterów” rok. Rok pełen zwycięstw dla Niemców. Polska już w ich rękach, wcześniej zajęli Czechosłowację, Francja nie ruszyła do walki mimo wypowiedzianej Niemcom wojny. Niemieckie okręty królują na Atlantyku, jak tak dalej pójdzie, będziemy panami świata myślał w swojej dumie Albert. Trzeba to uczcić. Będzie ku temu okazja, będzie dobre jedzenie (co tam głodujący w gettach i obozach), pojawią się dobre trunki na stole…

Albert miał także prywatny powód do radości i zadowolenia. Przywiezieni do jego majątku Polacy sprawowali się bez zarzutu. Krowy były codziennie wydojone, nakarmione, w oborze czysto. Obornik wyrzucony, na podwórku porządek. W stajni – stajnia oczko w głowie gospodarza utrzymana była w należytym porządku – tutaj rządził Feliks.

Herr Albert zwracał szczególną uwagę na tego chłopaka. Niewielkiego wzrostu, zdyscyplinowany, a przede wszystkim znający się na swojej robocie budził zaufanie. Pod jego czujnym wzrokiem konie piękniały z dnia na dzień, a także jak zdążył Albert zauważyć lubiły go wszystkie. Widać to było po ich zachowaniu. Wracały z pastwiska maszerując jeden za drugim za jadącym na oklep Feliksie, oczywiście na ulubionym Bułanku. Musztruje je na pastwisku – zastanawiał się Albert. Postanowił podpatrzeć go przy pracy. Gdy zauważył z okna swego pokoju, że Felek maszeruje do stajni postanowił popatrzeć, jak mu idzie robota. Niezauważony stanął cichutko w najsłabiej oświetlonym kącie stajni.

Na widok wchodzącego Feliksa wszystkie konie zarżały radośnie. Chcąc odwzajemnić to powitanie podchodził do każdego poklepując go delikatnie po chrapach, a potem podsuwał na otwartej dłoni wyciągnięty z kieszeni kawałek cukru. Na ten widok Alberta zatchnęło. Myślał, że to robotnicy podkradają mu ze stojących w komórce worków cukier, a to Felek bierze dla koni. Pierwszy odruch – podejść do tego zuchwałego Polaka i uderzyć go w twarz, ale powoli przyszło opamiętanie. Przecież on bierze nie dla siebie, karmi i rozpieszcza moje konie, dzięki niemu są takie zadbane, swobodne i zadowolone. No, no tego każdy dzień przyjmowali z wdzięcznością, dziękując Bogu, że żyją. Kobiety pochodzące z okolicznych wsi świadomie zgłosiły się do pracy by uniknąć wywózek na roboty do III Rzeszy raczej były spokojne.

Wigilia, wigilia 1940 roku, daleko od domu, w obcym miejscu, Felkowi zrobiło się bardzo smutno na duszy. Od rana zajęty końmi myślał o rodzinnym domu, choince, której nie przyniesie z lasu ku radości Mańki i pozostałych sióstr. Przed oczymi miał sylwetkę matki krzątającej się przy kuchni.

Bronek i Adam przygotowali sanie na jutrzejszy kulig. Kobiety zrobiły to co im kazano w kuchni gospodarza. Nadszedł czas by pomyśleć o ich, „niewolniczej” wigilii. Zośka w tajemnicy przed Albertem zdobyła w sobie tylko wiadomy sposób kawałeczek opłatka. Ile kosztowało ją to strachu – lepiej nie mówić.

Wreszcie zmierzch, zimowy, cichy. Feliks wyszedł przed dom uważnie spoglądając w niebo. Nareszcie jest! Dostrzegł pierwszą gwiazdę.

– Jest! krzyknął wpadając do domu. Jest pierwsza gwiazdka, możemy zaczynać.

Kobiety już ustawiły na stole miski z kapustą (nawet oleju nie było na omastę), kroiły cienko przydzielony chleb. Była czarna kawa bez cukru i jeszcze trochę gryczanej kaszy ugotowanej na sypko. Najważniejsze, że był opłatek! Zośka z dumą wyjęła ukrywany dotąd za portretem Führera (by Albert nie znalazł) bezcenny kawałek. Wzięła w dłoń pokazując wszystkim. W odpowiedzi padło głośne: Zośka!!!

Życzenie, jakie sobie złożyło w ten wigilijny wieczór tych kilka osób było tylko jedno: aby jak najszybciej skończyła się wojna, a oni mogli szczęśliwie powrócić do swoich domów. Szczere życzenie, serdeczne życzenie, ale…. ale świąteczny, chociaż smutny nastrój przerwało głośne łomotanie do drzwi… Felek był najbliżej. Otworzył. Zobaczyli Alberta, który z bronią gotową do strzału wszedł chwiejnym krokiem do pomieszczenia. Zamarli w bezruchu. Nie było czasu na żadne przemyślenia, a Felek, ten niewielkiego wzrostu Felek, ale wielkiego ducha wyrwał karabin z ręki Niemca zabezpieczając po drodze i.… w nogi na podwórko. Świadomy był tego, że w tej chwili Albert szaleje w domu, nie miał czasu na rozmyślania. Ukrył się szybko w stojącej nieopodal szopie. Mogły go zdradzić ślady na śniegu, ale Niemiec był zbyt pijany, a na ratunek przyszła sama przyroda. Po cichutku płatek za płatkiem, coraz więcej zaczęło spadać na ziemię śniegu…

Albert w pierwszej chwili zaniemówił, a potem wyrzucił z siebie ordynarną wiązankę niemieckich przekleństw. Bronek znający trochę niemiecki aż usta otworzył z przerażeniem. Nigdy w życiu nie słyszał tak soczystej niemczyzny. Już po Felku, pomyślał i po nas… Upłynęło sporo czasu zanim Albert ochłonął, powrzeszczał na odchodnym i wreszcie poszedł…

– Co mu przyszło do głowy, zastanawiał się Adam na głos.

– Może ma jakieś kłopoty, Bronek na to i chciał się wyładować.

– Dowiemy się jutro odparła Hanka. Pójdę poszukać Felka.

Tak się skończyła druga wigilia w niewoli. Nazajutrz wszyscy z niecierpliwością oczekiwali co powie Albert na temat wczorajszego zajścia z bronią. Czy przyjdzie po swój karabin, a może każe rozstrzelać Felka? Pełni niepokoju zabrali się do swoich codziennych obowiązków.

Albert przyszedł koło południa z tłumaczem, Felek w tym czasie był w stajni, karmił konie, akurat był przy swoim ulubionym Bułanku poklepując go przyjaźnie po szyi. Drzwi stajni otworzyły się na oścież. Stanął w nich gospodarz na szeroko rozstawionych nogach, za nim niby się przykurczył, a może się Felkowi tylko wydawało stał tłumacz. Aha, przemknęło Felkowi przez myśl, zaraz zrobi ze mną porządek!

– Feliks, komm, usłyszał. Podszedł posłusznie.

– Pan Albert pyta, usłyszał głos tłumacza, dlaczego wyrwałeś mu wczoraj karabin z ręki i uciekłeś? Nie bałeś się wyrwać broni z rąk Niemca, twojego pana. Przecież mógł cię rozstrzelać albo oddać na komendę do Królewca, a tam wiedzieliby co z tobą zrobić.

– Nie zastanawiałem się nad tym, Felek na to. Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy to ratować nas wszystkich. Nie chciałem, aby pan Albert kogokolwiek z nas zastrzelił i to w dodatku bez powodu.

– Tłumacz powoli przekładał słowa Feliksa na niemiecki. Albert słuchał uważnie nie przerywając. Gdy tłumacz zakończył podszedł do stojącego w pokornej postawie Feliksa, poklepał go po ramieniu i rzucił krótko: gut Polak, gut!. W tym momencie Felek usłyszał z dalekiej oddali słowa ojca: „pamiętaj, że jesteś Polakiem…”.

– A teraz, zwrócił się tłumacz do Felka, oddaj broń.

Ten szczęśliwy, że żyje szybko wybiegł ze stajni. Po chwili był z powrotem trzymając zabezpieczony karabin w ręku.

– Bitte, odezwał się do Alberta wręczając mu broń…


Tego dnia do majątku Alberta przyjechało kilku Niemców. Po sutoj kolacji, gęsto zakrapianej dobrym trunkiem przyszedł czas na kulig. Nasi Polacy, po ciężkim dniu myśleli tylko o tym by się położyć i zasnąć. Utopić we śnie tęsknotę za najbliższymi, niepewność jak potoczą się dalej ich losy i czy dane im będzie wrócić do domu… Pobożne życzenie. Ni stąd, ni zowąd, zjawił się tłumacz (Karol mu było na imię), trzymając w rękach dwa grube żołnierskie płaszcze.

– Ty, wskazał na Felka i ty, na Adama wkładajcie i za mną!

– Nie będę nosił niemieckiego płaszcza, obruszył się Felek.

– A do jutra chcesz dożyć? Karol popatrzył na niego z politowaniem.

Po chwili wychodzili razem z Adamem.

– Zaprzęgnąć konie, rozkazał Karol.

Wyprowadzili ze stajni Szefa, Bułanka oraz dwie klacze – jedną piękną, śnieżnobiałą, którą Felek nazwał Magdaleną, drugą brzydszej urody jeszcze nie ochrzczoną.

– Adam, zwrócił się Felek do kolegi pozwól mi powozić Szefem i Bułankiem.

– Zgoda, ja wezmę obie klacze.

Sanie mknęły lekko przez ośnieżony las. Jak w Czarnymstoku, myślał Felek, ale głosy szwargoczących za plecami Niemców przywoływały go do porządku. Podobne uczucia targały Adamem. Gdyby tak można odwrócić się i strzelić w roześmiane gęby, myślał. Tęsknił za rodziną, ojcem w starszym wieku, siostrą, która spodziewała się w początkach listopada 1939 roku rozwiązania – szwagiem, podobnie jak on pomaszerował do wojska…

Z niewesołych rozmyślań wyrwało go mocne uderzenie w ramię. Ściągnął lejce. Przed nimi zamigotały światła reflektorów. Z naprzeciwka nadjeżdżał wojskowy samochód. Adam w ostatniej chwili skierował rozpędzone konie na drugą stronę. Samochód przejechał obok i zatrzymał się. Teraz Adam ściągnął mocniej lejce zatrzymując konie, to samo zrobił powożący z tyłu Felek.

Z auta wyskoczył szofer, przebiegł przed maską samochodu otwierając drzwi z drugiej strony. Oczom Adama ukazał się wysoki rangą niemiecki oficer. Na jego widok siedzący w jednych i drugich saniach wyskoczyli momentalnie ze swoich miejsc stając na baczność. Adam z Felkiem byli w tej szczęśliwej sytuacji, że musieli trzymać konie, i tym samym nie mogli płaszczyć się przed jakimś tam Niemcem, jak go obydwaj określili w swoich myślach.

Krótka wymiana zdań. Honory, postawa zasadnicza i.… po sprawie. Auto z nieznanym Niemcem odjeżdża. Można wracać do domu.

Ta krótka przejażdżka dla łaknących rozrywki niemieckich żołdaków uzmysłowiła Adamowi jak bardzo jego życie zależne jest od dobrej woli, dobrego nastroju Niemców. Chociaż nic pozornie się nie wydarzyło, chwila dekoncentracji i na powożone przez Adama sanie mogło wpaść niemieckie auto, a wtedy? Może lepiej nie pytać co wtedy. Kto uderzył mnie w ostatniej chwili w ramię, rozmyślał w drodze powrotnej Adam…


Niemcy powoli zajmowali kolejne kraje w Europie. Albert był zadowolony ze swoich parobków, jak ich nazywał. W Królewcu i okolicach panował względny spokój. Armia Fridericha von Paulusa odnosiła kolejne zwycięstwa. Odcięci od wszelkich wiadomości Felek, Adam, Bronek, wszystkie pracujące z nimi kobiety starały się jak najlepiej wypełniać swoje obowiązki. Każdy chciał wreszcie wrócić do domu. Tak upłynął rok 1941, kolejna, tym razem bez przykrych wydarzeń, ale znowu bardzo smutna wigilia przeminęła. Nastał rok 1942. Rok, który zadecydował o bardzo istotnych zmianach w dotychczasowej walce na wojennych frontach.

Armia von Paulusa, przed którą jak się na początku wojny wydawało nikt się nie ostoi poniosła sromotną klęskę pod Stalingradem, a sam nieustraszony feldmarszałek poddał się do niewoli, ale nie to było najważniejsze. W tej bitwie, w lutym 1943 roku zginął także syn Alberta – Ernest.

Wiadomość o śmierci ukochanego jedynaka uderzyła w Alberta jak przysłowiowy piorun. Było to podczas niedzielnego obiadu, gdy w towarzystwie komendanta z Królewca prowadził ciekawą dysputę, jacy to Niemcy zdolni i odważni, ile już zrobili dla swojej ukochanej Rzeszy, a ile jeszcze zrobią…

Felek z resztą parobków też zasiedli do skromnego obiadu, gdy mroźną zimową ciszę rozdarł przeraźliwy ni to ludzki, ni zwierzęcy krzyk!

– Albert! – krzyknęli wszyscy na raz.

Po chwili byli już przed budynkiem. Z budynku, w którym mieszkał gospodarz dobiegały nieludzkie wrzaski…

– Ernest! Ernest!!!


Wszystko na tej Ziemi ma swój czas. Jest czas wojny, czas pokoju, czas niewoli i …powrotu do domu. Wojna dobiega końca. W Polsce zapanował nowy polityczny porządek, z którym tak trudno będzie się pogodzić nie tylko Felkowi (o czym jeszcze nie wiedział), ale wszystkim mieszkańcom naszego kraju.

Po pięciu latach rozłąki Felek wracał do matki, sióstr. Dziewczyny już dorosłe rozglądały się za chłopakami, najszybciej, w 1941 roku wyszła za mąż Leonka. Mańka, ta kochana Mańka także podrosła, urodzona w 1929 roku miała 16 lat. Felek nie wiedział, że Jan ledwie z życiem uszedł z obozu, że po powrocie codziennie wychodził o świcie i przed zmrokiem za stodołę, hen na pole i wypatrywał nieustannie czy Felek nie nadchodzi od strony Lipowca, bo tamtędy była najkrótsza droga od Panasówki, gdzie mógł się zabrać z kimś na furmankę jadącą od Zwierzyńca czy Biłgoraja, gospodarze jeździli wtedy furmankami załatwiać różne sprawy. Nie wiedział również, że ciężko ranny Antek nie może dojść do zdrowia, rana okropnie się goiła. Cały czas opiekowała się nim Mańka, robiąc okłady podając coś do picia. Nie wiedział, bo i skąd, że tyle spraw się wydarzyło… to wszystko było ważne i smutne zarazem, ale Felek był wolny, naprawdę wolny…

Przypisy:

[1] Była to zacięta walka pomiędzy żołnierzami 3 Batalionu 75 Pułku Piechoty z Chorzowa dowodzonymi przez mjr. Tadeusza Chodorowskiego (pluton podążał w kierunku Tomaszowa Lubelskiego) a wojskami niemieckimi. Sukces polskich żołnierzy został okupiony znacznymi stratami – 70 z nich poległo, w tej liczbie major Chodorowski, reszta pod dowództwem kpt. Tadeusza Pawełczaka podążyła w kierunku na Tomaszów. Polegli spoczywają w kwaterze wojennej w Białym Słupie. Tablicę pamiątkową ufundowali mieszkańcy Zwierzyńca i okolic.

[2] Według danych z 1929 roku w Kowlu, wówczas mieście powiatowym w województwie wołyńskim zamieszkiwało 26.000 osób, w przeważającej części Żydów. Znajdował się stacja węzłowa linii kolejowych do Lublina, Brześcia, Kamienia Koszyrskiego i Włodzimierza. W czasie I wojny światowej w okolicach koło Kowla toczyły się ciężkie walki, pamiątką po których jest cmentarz „Na Górce” w odległości 3 km od miasta. Pochowano tutaj 1820 żołnierzy (niemieckich, austriackich oraz 300 polskich). Zob. M. Orłowicz, „Ilustrowany przewodnik po Wołyniu”, Łuck 1929, s. 144–146.

[3] Przy koszarach w Równem, gdzie stacjonowała jednostka Antka w 1929 roku znajdowało się boisko Wojskowego Klubu Sportowego „Hallerczyk”. Równe wg danych z 1929 roku było największym i najbardziej handlowym miastem województwa wołyńskiego, a jednocześnie ważnym węzłem kolejowym i stolicą powiatu rówieńskiego. Na ogólną liczbę 62.000 mieszkańców 10% stanowili Polacy. W 1906 roku założono w Równem Muzeum Wołyńskie – funkcjonowało do 1915 roku, zostało obrabowane przez Rosjan, a jego twórca Orłowicz dotkliwie przez nich pobity. Zob. M. Orłowicz, „Ilustrowany przewodnik po Wołyniu”, Łuck 1929, s. 206, 212.

Tekst pod nazwą „FELEL” ukazał się drukiem w publikacji „Wołanie z Wołynia”, Pismo religijno-społeczne Rzymskokatolickiej Diecezji Łuckiej, nr 2 (153) B Rok 26, marzec-kwiecień 2020, s. 11-20.

Feliks Smoter podczas służby wojskowej,ok 1938 r.

Feliks Smoter z ulubionym koniem Bułanem, lata 70.XX w.

Ewelina Nawrocka

Share this content: